ACTA

  • ACTA uprawnia dostawcę internetu do odcięcia ci dostępu do Sieci i wypowiedzenia umowy w przypadku PODEJRZENIA, że łamiesz prawa autorskie. Tracisz prawo o odszkodowania. Nie masz możliwości się bronić. Po prostu jest arbitralna decyzja, a zarzutów nawet nie ma potrzeby udowadniać. Stąd ACTA łamie fundamentalną zasadę prawa: domniemanie niewinności. ACTA uprawnia dostawcę internetu do uznania ciebie za winnego bez żadnych dowodów, procesu itp.
  • ACTA przerzuca całą odpowiedzialność za piractwo na dostawców internetu. To jest mniej więcej tak jakby karać producentów noży za to, że ktoś wyprodukowanym przez nich nożem kogoś zabił i to karać bez procesu i udowadniania, że jakiekolwiek morderstwo faktycznie miało miejsce. Oczywisty absurd.
  • ACTA nie bierze wcale pod uwagę praw klientów. To akt jednostronny, dbający tylko o interesy koncernów.
  • Prawo autorskie w ogóle, a ACTA w szczególności nie chroni interesów autorów. Indywidualni twórcy bowiem nie mają najmniejszej szansy w sporze sądowym z koncernami. Głośna była swego czasu sprawa, gdy Timbaland ukradł utwór muzykowi sceny C64 podpisującemu się nickiem Tempest/Damage. Scenowiec nie miał po prostu pieniędzy na trudny i zawikłany proces o naruszenie praw autorskich i na odpowiednio biegłego w tych sprawach prawnika, stąd jawne złodziejstwo pozostało bezkarne. Dlaczego? Bo za Timbalandem stał potężny koncern, który z użyciem wszelkich sposobów i środków chroniłby kurę znoszącą złote jaja. Oto prawo autorskie w praktyce. Czy ACTA coś w tym zmieni? Nie, nie zmieni.
  • Rząd twierdzi, że negocjacje w sprawie ACTA były od początku jawne. Nie były i nie ma żadnej relacji z nich. Nie uczestniczyły w nich żadne inne strony poza ściśle wyselekcjonowanymi. ACTA zostały upublicznione już po wynegocjowaniu.
  • Unia Europejska nie miała żadnego wpływu na ACTA. Przedstawiciele UE nie uczestniczyli w negocjacjach. Tym bardziej Polska. Samo to wzbudza wątpliwości.
  • Nie było żadnych konsultacji społecznych w sprawie ACTA w Polsce. Informacja o planowanym podpisaniu ACTA trafiła do ministerstw na końcu kadencji i została najpewniej przeoczona. Nie dano realnej możliwości dyskusji.

Tajemnica TAWS 38

Jaki był cel zebrania ostatniego zespołu poselskiego ds. zbadania katastrofy smoleńskiej? Chyba jedynie przedstawienie prac profesorów z USA opinii publicznej przed telewizorami, żadne bowiem nowe treści na nim się nie pojawiły.

Dlaczego telewizyjny oligopol przyjaciół PO dotąd konsekwentnie ignorujący bądź ośmieszający teorie „lotniczego eksperta” Macierewicza zdecydował się na relacjonowanie na żywo obrad zespołu?
To chyba największa zagadka wczorajszego dnia. 
Logicznie rzecz biorąc możliwości są dwie: albo w kierownictwach stacji zmieniła się optyka i postanowiły one zająć się wyjaśnieniem katastrofy smoleńskiej w sposób bardziej rzetelny, czyli prezentując racje stron, to pierwsza możliwość. Albo ktoś wymógł na władzach oligopolu relacjonowanie obrad zespołu, to możliwość druga.
 
Możliwość pierwsza wydaje się mało prawdopodobna. Świadczą o tym następujące fakty:
a.  gdyby telewizje chciały na poważnie i bezstronnie podejść do tematu, po relacji na żywo zorganizowałyby też zobiektywizowaną dyskusję. Tymczasem, jak zwykle, do studia zaproszono jedynie zwolenników rosyjskiego punktu widzenia. Jak zwykle też rola dziennikarzy ograniczyła się do podtrzymywania mikrofonu zaproszonym.
 
b. Telewizyjne relacje relacje na pierwszy plan wybijały didaskalia konferencji, czyli mimikę prezesa Kaczyńskiego i p. Błasik, problemy z połącznieniem itp. Czyli materiał akurat dla jakiegoś Plotka, Kozaczka czy Pudelka, nie dla poważnej stacji informacyjnej. Najmniej było bowiem o wnioskach i argumentach amerykańskich profesorów (patrz felieton p. Kużniara). Narracją dominującą odnośnie meritum było, że nikt tego nie rozumie bo nie zna skomplikowanych matematycznych wzorów (vide A. Wiśniewska z GW)
 
Czy są argumenty wskazujące, że relacja została na telewizyjnym oligopolu wymuszona? Owszem, ale są to dowody pośrednie:
a. jakość zaproszonych ekspertów. W czołowej stacji oligopolu wszystkie relalizacje w sprawie smoleńskiej były wielkimi, odpowiednio przygotowanymi i reżyserowanymi celebrami: 420 ekspertów na 840 sposobów przez tyle dób ile potrzeba basowało prawdziwość rosyjskiego przekazu. Uderzenia przełamującego zwykle dokonywały lotne trójki pilotów – ekspertów od wszystkiego, rodzaju Hypki, Gruszczyk, Latkowski. Tudzież jakiś pilot cywilny, tudzież ktoś w oficerskim mundurze z odpowiednio szamerowanymi srebrem pagonami. 
Tymczasem wczoraj straszna bieda. Do natarcia bezpośredniego wyznaczeni zostali Jaś Osiecki, ignorant, który ostatni kontakt z fizyką miał zapewne w szkole średniej, w związku z tym jest w stanie autoryzować każdą bzdurę, którą mu się podsunie oraz dr hab. inż. Marian Jeż, specjalista od wibroizolacji silników lotniczych i ekologii. Profesor to z kolei przeciwieństwo Osieckiego, o ile na fizyce lotniczej niewątpliwie się zna, to jedyna myśl jaką potrafił sformułować przed kamerami brzmiała: samolot uderzył w brzozę i to jest fakt. Nic więcej pan profesor nie potrafił wyartykułować. W odwodzie znajdował się doktor z Politechniki Wrocławskiej, ten jednak zbytnio nie kwapił się do wypowiedzi. 
Ogólnie rzecz biorąc skład tefałenowskich ekspertów robił wrażenie ludzi wziętych z łapanki, czy też jak pisał na s24 inny bloger Volkssturmu (spójrzmy zresztą na koronny argument pana Osieckiego: gdyby profesorowie zrobili spacer po smoleńskim lasku i zobaczyli ścięte drzewa to wiedzieliby co sie stało. Tylko kompletnego profana stać na tego typu wnioski).
Potem dopiero niekorzystne wrażenie próbowano sztukować czy to prof. Artymowiczem, czy niezawodnym marszałkiem Niesiołowskim, który zasmakowawszy w słowie „nieuk” obdarza nim każdego z kim się nie zgadza. Przyznać jednak trzeba, że sytuacja TVN może być obiektywnie trudna. Sądzę bowiem, że wśród ludzi polskiej nauki nie ma zbyt wielu, którzy wogóle mogą coś powiedzieć w kwestii symulacji komputerowych, jeśli zaś nawet tacy się znajdą to na tyle cenią sobie swoje nazwisko, że swoje opinie chcą opierać na realnych danych, a nie na widzimisię panów z jednej czy drugiej komisji. 
 
b. kwestia rzekomego sabotażu.  To co się działo na początku relacji z obrad zespołu nosiło wyrażnie takie znamiona. Oczywiście dziś tvn próbuje rzecz tłumaczyć plamami na słońcu, jednak jeśli na laptopie był prawidłowy obraz, a był, to jedynym wytłumaczeniem braku obrazu na zewnętrznym ekranie jest nagła awaria ekranu. Istnieje więc podejrzenie, że ktoś mimo wszystko chciał maksymalnie utrudnić przekaz, zrobił to jednak dość nieudolnie, wystarczył bowiem zwykły rzutnik i ekran przenośny aby bez przeszkód kontynuować pokaz. 
d. Pytania dziennikarzy. Jakie jest najbardziej racjonalne postępowanie mediów po tego typu prezentacjach? Oczywiście pytania do autorów. Ten jednak moment, o ile wogóle był, to nie był transmitowany. Dlaczego? Moim zdaniem racjonalna przyczyna może być tylko jedna: obaj profesorowie nie mają jeszcze w Polsce odpowiednio wyrasowanej „gęby” w związku z tym ich odpowiedzi trudno byłoby wyśmiać,  wyszydzić, zdezawuować.  
c. Milczenie po prezentacji. Jaki mógłby być racjonalny powód transmitowania obrad zespołu Macierewicza przez prorosyjski telewizyjny oligopol? Oczwiście wyśmianie i wyszydzenie. Tymczasem w kluczowych chwilach zaraz po zabrakło ośmieszaczy i wyszydzaczy. 
 
 
Moim więc zdaniem telewizyjny oligopol został zmuszony do transmisji obrad zespołu Macierewicza. 
Kto był na tyle silny? Nie mam pojęcia, tak samo jak nie wiem, dlaczego Komisje Millera i Anodiny postanowiły zignorować dane z 38 TAWSa, a w miejscu gdzie był on odnotowany wycięto drzewa i wypalono trawę. 
Źródło: Niepoprawni.pl
 

Tysiące Węgrów w marszu poparcia dla Orbana

Specjalnie dla Niezależnej.pl z Budapesztu Jan Pospieszalski relacjonuje przebieg ogromnej demonstracji poparcia dla premiera Victora Orbana. – To było coś niesamowitego. W marszu wzięły udział setki tysięcy Węgrów. Niektórzy mówią nawet o milionie. W Polsce takie tłumy widziałem tylko podczas papieskich mszy - mówi nam Jan Pospieszalski.

Jestem na jednej z głównych ulic Budapesztu, którą idzie wielotysięczna manifestacja. Na przodzie widać ogromny transparent z krótkim hasłem ”Demokracja”. Jest niesamowicie barwnie, dominujące kolory to zieleń, biel i czerwień. Ludzie niosą transparenty i emblematy pokazujące skąd pochodzą, padają nazwy miast, wsi. Także w regionalnych strojach folklorystycznych. Jest dużo młodzieży. Rozmawiałem z wieloma ludźmi, którzy – jak mówią – przyszli dla Orbana, bo od dwóch lat, wreszcie czują, że są wolni. Młoda Węgierka z dziećmi tłumaczyła, że jest ciężko, panuje drożyzna, ale wierzy, że tylko ten rząd daje nadzieję na przyszłość.

Jest też bardzo dużo dojrzałych osób. Widziałem również człowieka z ogromnym krzyżem i wielu ludzi z różańcami. „To jest krucjata różańcowa. Modlimy się z intencji naszej Ojczyzny” – tłumaczyli. „Niech żyją Węgry, niech żyją wolne Węgry” – skandują ludzie.

Wśród setek flag węgierskich są również flagi polskie. Widziałem emblemat „Dziękujemy Polsce. Dziękujemy Litwie”. Każde wspomnienie, że jesteśmy z Polski wywołuje uśmiech, gratulacje, oklaski. Wszyscy powtarzają znane powiedzenie: Węgier Polak dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki.

Przyznają, że wraca poczucie solidarności i godności. Uważają, że ostatnie dwa lata były zerwaniem ze starym systemem. Równocześnie boją się tego co robi Unia Europejska i kłamstw, które się pojawiają. „Wyszliśmy na ulicę, bo się z nimi nie zgadzamy” – tłumaczą. Starszy mężczyzna w błazeńskiej czapce mówił, że symbolizuje ona właśnie Unię Europejską, a różaniec symbolizuje te wartości, do których odwołujemy się Węgrzy. Nie ma Europy bez chrześcijaństwa, nie ma Węgier bez wartości chrześcijańskich.

Marsz przeszedł na Plac Koszuta. Od momentu, gdy czoło pochodu dotarło na miejsce przez dwie godziny trzeba było czekać, aż wszyscy uczestnicy dojdą pod parlament. Trudno oszacować ile osób wzięło udział w marszu, ale bez wątpienia były to setki tysięcy. To robi niesamowite wrażenie.

W trakcie rozmów z wieloma Węgrami podkreślali oni swoją dumę, godność narodową i dystans do krytyki jaka spotyka ich ze strony niektórych kół liberalnych w Unii Europejskiej. „Czujemy się Europejczykami, ale jesteśmy przede wszystkim Węgrami” – podkreślali.

Jan Pospieszalski relacjonuje z Budapesztu dla Niezależnej.pl

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.